Mój najświeższy tatuaż i wielka fascynacja, którą otoczenie niejednokrotnie zbywa uśmiechem… MINIMALIZM… zaczęło się od „Sztuki prostoty” (autorstwa Dominique Loreau), kilku blogów, m.in. theminimalists.com, kultowego zenhabits.net, bemorewithless.com i wielu innych większych czy mniejszych eksperymentów z przewartościowaniem i zmianą punktów ważności w życiu.

Nie, nie wyrzuciłam wszystkich ładnych rzeczy, które mam i lubię, nie przestałam używać mascary, chodzić do fryzjera, czy jeść to, co lubię, nadal mam rower, samochód, mieszkanie i pracę, ale…

Gdy zaczęłam czytać pierwszy raz o rezygnowaniu z nadmiaru, porządkowaniu swojej życiowej przestrzeni, rozczarowaniu multidostępnością wszystkiego za pieniądze, najpierw pomyślałam, że to piękne i naiwnie idealistyczne… Punkt zaczepienia w moim przypadku był w… kuchni. Od wielu lat interesuje się tym, co jem, jak, gdzie, kiedy, kto to wyprodukował i w jaki sposób. Przeczytałam o japońskim bento – sztuce jedzenia dobrze, wystarczająco i z dbałością o siebie, i zakochałam się w idei /o bento za moment, bo to też piękny temat/… czytałam dalej… i okazało się, że ja też czuję się zmęczona kupowaniem miliona rzeczy rocznie, że często nie zastanawiam się czemu coś zabieram do swojego domu, a potem to mnie męczy, rozczarowuje, zabiera uwagę, energię, czas.. zaczęłam się „wałkować”… pytać siebie przy zakupie, czy naprawdę chcę tą czy tamtą rzecz, co jej posiadanie czy nie-posiadanie zmieni, czy ta stara rzecz jest już naprawdę do zastąpienia przez nową? czy muszę mieć to lub być tam?

Od pół roku w moim życiu toczy się cicha rewolucja. Oczyszczam, oddaję mnóstwo przedmiotów, ostatnie 10 tygodni nie kupowałam nic poza jedzeniem i niezbędnymi kosmetykami, zero ciuchów, gadżetów i to było naprawdę dobre! Za to wyprzedałam kawał szafy pięknych, nigdy nie noszonych rzeczy, oddałam ileś zbędnych przedmiotów, które kogoś ucieszyły. I robię to dalej. Szukam wokół siebie świeżej, jasnej i pustej przestrzeni, nie chcę sprzątać setek rzeczy, chcę kupić mniejsze niż to, które mam mieszkanie, kupuję „za mało” jedzenia, by potem okazało się, że to w sam raz. Nie chodzę na spacer do sklepów i nie poprawiam sobie nastroju nowym czymś… Planuję, rozważam, delektuję się, sięgam po to, co naprawdę mnie ucieszy, otaczam się pięknem. I wciąż jestem na początku drogi… i każdego dnia coś dla siebie odkrywam, to piękne…

Reklamy