Prawie tydzień już się zbieram do tego wpisu. Czekałam, aż trochę opadną emocje i pojawią się jakieś konstruktywne wnioski… Powoli kiełkują : )

Jak być może już wiecie, jestem straszną idealistką. Jestem osobą, która odda ostatnią kasę na ideę typu ziemski raj, nie-krzywdzenie, sprawiedliwość, slow-life i im pokrewne. Będąc przedmiotem żartów w swojej rodzinie wciąż nie jem zwierzaków, przepłacam za eko-żywność i kosmetyki z certyfikatem, poświęcam dni wolne na poszukiwanie jak najmniej szkodliwych środków do prania lub mniej szkodliwych dla ziemii decyzji konsumenckich… Zawsze wierzę, że coś można zrobić…
bo zawsze może być lepiej : ) / instalacja pt.: Lepiej, Agnieszka Popek – Banach i Kamil Banach na 9 Przeglądzie Sztuki SURVIVAL / http://www.survival.art.pl

Połowę zeszłego tygodnia nakręcałam się na wizytę na Kiermaszu żywności ekologicznej i Produktów Regionalnych we Wrocławiu oraz wizytę w eko-sklepiku – dziele slow food w Zielonym Centrum we wrocławskich Psarach (www.zielonyloft.pl)… Pomyślałam, że super, że akurat w mój obszar poszukiwać trafiają dwa projekty związane ze zdrową i lokalną żywnością, i że w jeden weekend nawiążę fajne kontakty z dolnośląskimi dostawcami jedzenia, którym nie jest wszystko jedno…

Ale jednak nie !

KIERMASZ… pod Halą Stulecia około 50 stoisk z roślinami (stricte ogrodniczo) i jedzeniem. Podchodzimy do pierwszego stoiska z miodami (na naszej liście zakupów są: miód, jaja, sery i mąką razowa), miody super, ale z Bieszczad, więc szukamy dalej, może ktoś z okolic naszych pobliskich gór suchych (stamtąd mieliśmy dostawę miodu na minioną zimę)… kolejne stoisko z wędlinami i chlebem… z Litwy: ) lubimy ten język, więc kupujemy kwas chlebowy i szukamy dalej… centralna Polska, pod Warszawą, za Krakowem… wreszcie… podwójne stoisko z jedzeniem z Doliny Baryczy (około 30 km od Wrocławia), bierzemy ulotki, kupujemy miód i umawiamy się na kontakt ws warzyw i owoców. Kupujemy jeszcze kilka kosmetyków naturalnych z … Indii sprowadzanych przez Niemcy i sery od Pana z Malinowej Zagrody z Dolnego Śląska… Po drodze do wyjścia spotykamy naszego (współpracującego z naszym lokalem) dostawcę eko – win i produktów regionalnych z francuskiej Landwedocji…

SKLEP … i jedziemy dalej. Ja zła, bo lokalnych dostawców można było policzyć na palcach jednej ręki, a wiele stoisk w ogóle nie oferowało żywności eko, tylko aspirującą do tego tytułu,  bez informacji o certyfikatach czy świadectwach… Poza tym nie kupiliśmy żadnego warzywa, więc na razie nie mamy co jeść w nadchodzącym tygodniu… Ale jest nadzieja, sklep Slow food & garden w Zielonym Centrum… Moja pierwsza myśl, skoro Slow Food to żywność z okolic, zdrowa i przebywająca jak najkrótszą drogę do celu, na pewno kupimy jajka, czy warzywa spod Wrocławia.

Sklep okazuje się być zakątkiem sklepu ogrodniczego (bardzo ładnie urządzonego). Na półkach znajdujemy standardowy zestaw produktów „eko”: soja, kasze, orzechy, soki z brzozy i aronii, słodycze, świece, dżemy… w zasadzie oferta sklepu nie różni się od tego, co można kupić w Piotrze i Pawle, czy nawet Tesco… Nie ma nic świeżego: jaj, warzyw, sera, niestety. Wszystko suche, w folii, słoiczkach i z długim, bezpiecznym terminem ważności. Idea piękna, ale nie zrealizowana do końca… Kupuję zestaw ziarenek do wysiania ziół w domu, zjadamy „local foodowe” pierogi w Zielonej Restauracji i wracamy do domu… Na szczęście mamy dużo jedzenia z naszego lokalu po weekendowych obiadach i kolacjach. To nas ratuje w niedzielę, bo eko-łowy okazały się nieudane…

A ja kilka dni chodzę zła, bo moja wizja została zburzona. Tak naprawdę czuję się oszukana. Wiem, co to local food i slow food, czytam o tym, piszę i wciąż o tym myślę, a dałam się naciągnąć (i to dwa razy!) na chwyty marketingowe… na „regionalną żywność” oraz „slow food”… Myślę sobie, że to super, i dla naszego miasta, i dla sklepu w Psarach, przypiąć sobie nie tylko „eko” – bo to już jest normalne i nieco zużyte (choć w obu przypadkach to kryterium okazało się spełnione) ale też „local food” (to jest niestety bzdurą, albo 1/50 oferty). Jako PRowiec doskonalę rozumiem intencję, ale nie można robić tak, że podpinamy się pod ideę, która jest na topie i spełniamy 2% z niej a pozostała nasza oferta jest zwykła. To wywołuje frustrację w klientach, jak np we mnie! Lub osoby mniej zorientowane wprowadza w błąd, bo ekologiczna kasza gryczana pakowana w EU nie jest „slow food”, sorry…

Dwa dni później biorę udział w szkoleniu z CSR – Społecznej Odpowiedzialności Biznesu, którego celem jest przygotowanie nas – przedsiębiorców do aplikowania o dotację na rozwój CSR w swoich firmach… Ponad połowa uczestników pyta głównie o dotację, środki, wniosek, mniejszość słucha uważnie, angażuje się… Kurcze, ja bym tak chciała, by te idee nie były tylko środkiem do celu – zarabiania, ale stały się też celem same w sobie…to może być fun i droga do zrobienia czegoś dobrego!

Tymczasem opracowuję strategię CSR dla mojej firmy i Fundacji ALL THAT ART! i nadal szukam slowfoodowych kontaktów. Nieco podłamana ostatnimi doświadczeniami, ale wciąż pełna nadziei… Jak znajdę coś nowego, co jest ok, dam znać na pewno. Tymczasem szykuję kolejną odsłonę „local food” w moim wydaniu:)

Reklamy