Cały tydzień wydawało mi się że jest jesień… Deszcz i zimno, auto i sweter, nawet musialam odwołać planowaną foto sesję pilates (wreszcie cykamy jutro)… Jak jest taka aura, to JEM kosmiczne ilości jedzenia i popełniam naprawdę karkołomne menu – kombinacje… Krótko mówiąc – jamochłon!

Gdy w piątek rano dzień zaplanowany w kalendarzu rozsypał się totalnie na rzecz lekko nerwowego chaosu, postanowiłam ugotować późny obiad i potem zdecydować co dalej zrobię z tak pięknie rozpoczętym weekendem…

image

Włoskie muszle nafaszerowałam pastą z brokułów i fety i zapiekłam w sosie parmezanowym z pieprzem. Do tego rucola z oliwą i prażonym słonecznikiem i … wspaniałe towarzystwo…
image

image

Marząc o słonku opowiedziałam J o pomyśle, by poszukać mi nowego roweru. Nadszedł mnie podczas gotowania, bo odkąd moja błękitna Gazela została skradziona, mimo że mam już inną, nie mogę do końca złapać rowerowego funu : (
Decyzja była szybka: w niedzielę wizyta na targowisku różności pod Młynem Sułkowice…
Mimo, że nasze kalendarze pełne były wydarzeń z trwającego we Wro festiwalu Nowe Horyzonty, wieczór był filmowy ale na domowym szezlongu… A „inwazja barbarzyńców” wyruszyła i rozśmieszyła nas do łez…

Sobota – 5 godzin tańca i pilatesu, włóczenie się z psiakiem po polach, kolejne godziny w kuchni (tym razem pieczenie: pasztet z soczewicy z porem i tarta z budyniem i malinami – na niedzielny wiejski obiad u taty) i bardzo głośny, magnetyczny koncert Billa Laswella na NH. Zasypiałam bardzo późno myśląc o rowerze…

image

Słynny pasztet z czerwonej soczewicy (który znika z lodówki po max 2 dniach!)
Szklankę czerwonej soczewicy wypłucz i ugotuj na papkę w 2 szklankach wody.
Pora uduś na maśle.
Połącz składniki, dodaj sól, pieprz i przyprawy (lubię rozmaryn i mieszankę „do warzyw i pasztetów” z wrocławskiej Pachnącej Księgarni.
Piecz w ceramicznej formie na 150 st około 35 minut.
Smacznego!

image

Niedziela znów zaczęła się deszczem. Grrrrrr! Po powolnym wstaniu i solidnym espresso popędziliśmy nieco bez nadziei pod Młyn…
Zawsze marzyłam o czerwonym rowerze więc jak zobaczyłam ten… Serce załopotało…

image

Nie lubię impulsywnie kupować, więc dyskusję wewnętrzne trwały. Ale jest! Nazywa sie Arabella i jest moim wymarzonym rowerem! Nawet targowanie z handlarzami się udało!
Obżarstwo weekendowe kontynuowaliśmy u moich rodziców w Dolinie Baryczy. Tato załadował nam też autko warzywami z ogrodu (menu na tydzień juz jest!!!). Potem już mogliśmy tylko siedzieć i czekać aż brzuchy pozwolą nam wstać. Dlatego wieczór był na rowerach… Nadodrzańskie wały i komary ; )

image

image

Piękny czas… Baterie na tydzień full. Teraz tylko słońca!!!

image

(moja Arabella, niezastąpiona torebka by Davvero Boutique, sukienka że swapu od Karoli, fitnessowy sweter i ukochane Vibram Fivefingers. Love weekends)

Reklamy