Długo się zabierałam za ten wpis, bo zastanawiałam się, na ile spodziewacie się encyklopedycznego podsumowania, na ile relacji z moich własnych prób, błędów i przemyśleń. I w końcu postawiłam na to drugie…

Zawsze używałam dużo kosmetyków, szczególnie, że moje ciało jako „narzędzie pracy” – zarówno w tańcu i ruchu, jak i wizerunkowo – w PR – jest ważne. Mam bardzo wrażliwą i alergiczną skórę, dlatego testowanie kosmetyków jest wpisane w moją strategię wyboru od wielu lat. Przyznam, że bywały lata, kiedy to właśnie kosmetyki zajmowały najwyższą półkę w budżecie miesiąca, a moja łazienka i toaletka pełna była buteleczek. Wiele z nich nie sprawdzało się, więc czekało na lepszy czas lub wędrowało do koleżanek. Fortuna zainwestowana w urodę dwudziestoparolatki. To w sumie zabawne!

Diametralna zmiana podejścia do kosmetyków jest związana z historią sprzed 2 lat, gdy po latach wizyt w salonach fryzjerskich, koloryzacji i „pielęgnacji” z dnia na dzień musiałam obciąć włosy, bo połowa z nich się połamała! To nie było miłe. I właśnie wtedy, pokornie czekając, aż czupryna odrośnie zaczęłam zwracać uwagę na to, co na siebie codziennie nakładam… Rozczarowanie było tym większe, że zawsze używałam drogich kosmetyków do włosów, rekomendowanych przez fryzjerów i niejednokrotnie u nich kupowanych. I i tak spotkało mnie ciach. Straciłam zaufanie do „doradców” i zaczęłam szperać. Dziś wiem, że moje włosy zniszczył zalepiający je silikon, obecny w niemal wszystkich kosmetykach „z salonów i wybiegów”.

Od razu zaznaczę tu, że tak, jak z jedzeniem, nie mam prawd uniwersalnych, dużo czytałam na ten temat, głównie sporów i dyskusji, argumentów „za i przeciw” olejom parafinowym o składnikach takich, jak parabeny, zaburzające nawet naszą gospodarkę hormonalną. Im dalej w las, tym gorzej się czułam, odkrywając, jaki syf kupowałam za swoje pieniądze przez lata. Tropiąc otarłam się o najbardziej rygorystyczne, wręcz wieszczące spisek kosmetyczno – farmaceutyczne, artykuły. I najpierw się nieco zagubiłam…

Pierwsze moje spojrzenia trafiły na półki z nie-tanimi eko-kosmetykami. Jakiś czas wiernie kupowałam produkty po średnio 100-150 PLN każdy, wierząc, że tak jest ok. Aż pewnego razu przeczytałam, chyba w E!stilo listę składników, których NIE powinny zawierać eko-kosmetyki. I kolejna selekcja (listę przepisałam do notesu a Wy możecie zobaczyć taki spis TUTAJ i TUTAJ i TU – są analogiczne do mojej : ). Naturalnym kolejnym krokiem, którym wciąż podążam stało się szukanie jeszcze innych źródeł i sposobów, np domowych na pielęgnację. Jedną z inspiracji były proste, ale zachęcające do poszukiwać uwagi Dominique Loreau ze „Sztuki prostoty”[pisałam o tej książce TU]. Tak rozpoczęła się moja przygoda z olejami [więcej TU]. Nauczyłam się mnóstwo rzeczy zastępować i dziś mam mało kosmetyków, ale te gotowe kupuję raczej droższe niż tanie, spójrzcie:

– demakijaż: The Body Shop Nutriganics Oczyszczający Żel do Twarzy. Nutriganics to jedyna seria z The Body Shop z certyfikatem ECOCERT (więcej o ECOCERT i systemie certyfikacji TU). I choć The Body Shop od 2006 jest częścią mega-koncernu L’Oreal, wciąż nie znalazłam lepszego dla mojej twarzy i bardziej kompaktowego (zastępuje mleczko i żel do twarzy na raz) kosmetyku. Jego cena jest też znośna (39 PLN), w porównaniu np z Phenome, którego używam od czasu do czasu…
– tonizacja: rano i wieczorem – woda różana lub hydrolat różany. Kupuję eko-produkty z indyjskiej marki KHADI (certyfikat niemiecki BDIH). Bardzo lubię używać ich jako wody do spryskiwania twarzy, wystarczy buteleczka z atomizerem i efekt jest cudowny. Nie spłukuję ich. We Wrocławiu KHADI można nabyć w sklepie HELFY na Hallera, dziewczyny również doradzają co kupić i co jest certyfikowanym kosmetykiem, a co jest deklarowanym przez producenta naturalnym produktem.
– krem na noc: jakiś czas temu odeszłam od używania kremów na noc na rzecz oleju! w tej chwili w ruchu jest olejek arganowy z EiEi. Olej nie dość, że doskonale nadaje się do wieczornego masażu twarzy, który rozluźnia i wygładza, to jest też niezwykle wydajnym kosmetykiem. Poprzednią butelkę oleju z palonego arganu (125 ml) używałam przez 6 miesięcy!
– krem na dzień: ponieważ bardzo ważne dla mojej skóry są filtry UV, tutaj stawiam na dobry, gotowy kosmetyk: Pat&Rub Face +30 (za roczek już tak!). Polska marka, z deklaracją 100% naturalności. Krem pięknie pachnie (jak płatki zbożowe) i jest bardzo wydajny – dla mnie opakowanie na 5 miesięcy, co wynagradza jego nie za niską cenę (ok 140 pln)

– mydło: tylko w kostce, ręcznie robione, np. z polskiego Organique. Może służyć też do golenia.
– balsam do ciała: znikł z mojej łazienki, gdy odkryłam oleje. Na lato lekki argan lub macademia, zimą cięższe avocado lub bawełna. Moja skóra jest nasycona ok. 2 smarowaniami w tygodniu, polecam używać na noc!
– peeling do ciała: mój ulubiony jest domowy z grubego, brązowego cukru, oleju, wody różanej lub soku z cytryny lub cynamonu. Dla mniej wrażliwej skóry polecam za bazę użyć grubej soli i np miąższu z avocado lub jogurtu.
– peeling do twarzy i maseczka w jednym: płatki owsiane namoczone w wodzie różanej lub olejku do twarzy. Najpierw dokładnie myję twarz, pocierając, a potem zostawiam papkę na około 5 minut. Jest to peeling bardzo delikatny, dlatego można go stosować nawet dwa razy w tygodniu.
– kąpiel: do kąpieli używam tylko soli boheńskiej (do nabycia w aptekach) i oleju, a także wody różanej lub naturalnych olejków np. różanego.
– pielęgnacja włosów: to poza kosmetykami do makijażu, o których za chwilę, jeden z trudniejszych tematów… wciąż szukam szamponu i odżywki, które byłyby ekologiczne, bio i zdrowe, ale również nie plątały włosów i naprawdę dobrze myły skórę głowy. Na razie ratuję się prawie dobrymi: Organicum, KHADI, Tony&Guy, LL’Occitane en Provence… Tylko wszystkie one albo mają choć jeden z niepożądanych składników, albo rozczesanie po nich moich włosów graniczy z cudem. Na pewno cudownym kosmetykiem do włosów jest olejek z KEMON Bellesere Oil, który też nie jest „czysty”, ale skuteczny przy kłopotach z rozczesywaniem. Wciąż szukam i w końcu znajdę wtedy doniosę: )
– no i makijaż: puder i mascara Body Shop lub Yves Roher. Korektor pod oczy z greckiego Korresa lub The Body Shop, balsam do ust BIO Himalaya Herbals (przywożony czasem podobnie jak bio-pasta do zębów z małego sklepiku na Małym Rynku w Krakowie). Kolorowe kosmetyki różnie, głównie nie-eko, ale mający inne zalety (jakość i trwałość 100%) Make Up Forever.

image

uhhh, niezły spis, mam teraz cichą nadzieję, że będzie inspirował w kierunkach poszukiwań dobrych, eko rozwiązań. Ja sama nadal jestem czujna na tym polu i staram się maksymalnie upraszczać zestaw do codziennej pielęgnacji, wydobywając z niego najcenniejsze sedno. O nowinkach z radością będę meldować. Enjoy : )

Reklamy